niedziela, 12 marca 2017

36. Misja ratunkowa



            -Musimy zacząć działać!- oznajmiłam uderzając pięścią o stół- Nie możemy ich tak zostawić.
Profesor Dumbledore spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ponieważ zapewne nigdy jeszcze nie widział mnie w takim stanie. Złość przepełniała mnie od środka, kiedy słyszałam wciąż te same słowa, a nie widziałam żadnych czynów. Podniosłam głowę patrząc na dyrektora znacząco. Syriusz wyraźnie przysunął się bliżej mnie, aby pokazać, że popiera moje racje.
            -Panno Evans, proszę się uspokoić- powiedział Dumbledore głosem tak spokojnym, że i mój gniew zdawał się minimalizować- zapewniam państwa, że Zakon prowadzi intensywne poszukiwania pana Pottera i panny Meadowes.
            -Z tym, że my wiemy gdzie oni są!- odezwał się tym razem Łapa.
            -Skoro tak, proszę mi powiedzieć- zakomunikował Dumbledore.
            -Yyy… No… Tak właściwie, to nie wiemy gdzie są, ale wiemy jak się tam dostać.- Zauważył Remus i znacząco spojrzał w moją stronę, aby zaznaczyć, że to ja powinnam wyjaśnić sytuację.
            -W chacie, obok której toczyła się bitwa, znajduje się świstoklik, który zaprowadzi nas prosto do kryjówki Voldemorta- powiedziałam spokojnie, bacznie obserwując reakcję dyrektora.
Czarodziej spojrzał na nas podejrzliwie, obniżając delikatnie swoje okulary połówki, tak, że teraz spoczywały na końcu jego nosa. Stałam prosto, starając się ze wszystkich sił, nie dać mu żadnej oznaki zawahania.
            -W takim razie, chyba czas najwyższy wezwać Zakon- powiedział z entuzjazmem, delikatnie unosząc kąciki ust w górę.
Uśmiechnęłam się szeroko, spoglądając raz na Syriusza, raz na Remusa. Oni także wydawali się zadowoleni z obrotu sytuacji. Dumbledore nie czekał już ani chwili. Wiadomość do członków Zakonu dodarła w tempie ekspresowym. Po kilku chwilach wszyscy znaleźli się już w gabinecie dyrektora. Większość twarzy znałam, jednak nadal wiele z nich pozostawało mi obcych. Szczególną uwagę przykuła średniego wzrostu, szczupła blondynka, która pierwsze co zrobiła pojawiając się w pomieszczeniu, to obdarzyła mnie szerokim uśmiechem. Wydało mi się to nieco dziwne w obecnych okolicznościach, ale stwierdziłam, że mogłam być nieco przewrażliwiona i odpuściłam temat.
            -W sprawie pojawiły się nowe okoliczności. Panna Evans uzyskała bardzo istotne informacje dotyczące obecnego położenia pana Pottera i panny Meadowes. Sądzę, iż powinniśmy działać natychmiastowo. Wszyscy udacie się na miejsce w celu odbicia uczniów. Chciałbym jednak podkreślić, aby osoby, które nie są członkami Zakonu i nie przeszły szkolenia, zostały pod opieką kogoś, kto posiada uprawnienia.- W tym miejscu znacząco spojrzał na mnie, ponieważ jako jedyna nie miałam możliwości podszkolić się z technik przekazywanych przez Zakon. –Panna Evans podczas misji, będzie pracować z Panną McKinnon.
Owa blondynka, która wcześniej wzbudziła moje zaintrygowanie, pomachała mi delikatnie, wciąż ukazując „urocze” dołeczki w policzkach. Nie wiedząc skąd, już w tamtym momencie byłam w stanie stwierdzić, że nie polubimy się. W tej jednak chwili, jedyne na czym byłam w stanie skupić moje myśli to pytanie: Co tu jeszcze robimy? Odpowiedź otrzymałam szybciej niż się spodziewałam. Blondynka chwyciła mnie za nadgarstek i już znajdowałyśmy się we wspominanej przez Kurta chacie. Zrobiło mi się niedobrze. Nie miałam jeszcze czasu podszkolić się z teleportacji i przyzwyczaić do nieuniknionego przy niej uczucia nudności.
            -Jestem Marlena- powiedziała ze sztucznym uśmiechem blondynka. Nie sądziłam, że można użyć tyle jadu w dwóch słowach. Nie wiedziałam tylko, czy dziewczyna już znalazła powód, aby nie darzyć mnie sympatią, czy po prostu ma taki sposób bycia.




            -Lily- odparłam niezbyt uprzejmie- Możemy już przestać tracić czas i w końcu pomóc moim przyjaciołom?- coraz więcej goryczy dało się zauważyć w moim głosie.
            -Nie bądź taka pochopna dziewczyno.- dopiero teraz przestała się uśmiechać- Nie jesteś w szkole, a to nie będzie zabawa. Każda twoja decyzja ma być przemyślana, bo przepłacisz to życiem.
Delikatnie uchyliłam usta ze zmęczenia. Postawa Marleny zmieniła się diametralnie. Ze sztucznej, słodkiej dziewczyny, zmieniła się w dominującą, konsekwentną femme fatale. Ta jej wersja, nie podobała mi się jeszcze bardziej. Niewiele myśląc chwyciłam za zdjęcie i momentalnie znalazłam się w zupełnie innym miejscu. Ciemny korytarz, którego ściany wyglądały, jakby były zrobione z metalu. Nie zauważyłam żadnych charakterystycznych miejsc, dzięki którym można by zorientować się gdzie dokładnie się znajdowaliśmy. Tuż obok, w jednej chwili, pojawiła się moja towarzyszka, która obdarzyła mnie pogardliwym spojrzeniem. Momentalnie z drugiej strony znalazł się Remus Lupin. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, a on wskazał mi jeden z możliwych kierunków. Nie czekałam ani chwili dłużej. Razem z Lunatykiem szybkim krokiem ruszyliśmy we wskazaną stronę. Nie spojrzałam nawet na reakcję Marleny, ale z góry założyłam, że nie będzie ona obojętna. Nie dostała jednak czasu na reakcję i sprytnie ruszyła za nami. W oddali udało mi się usłyszeć jeszcze charakterystyczny dźwięk, który wskazywał na teleportację. 

***

~Narracja trzecioosobowa~

Charakterystyczne dla teleportacji delikatne zawroty głowy dopadły także Syriusza Blacka. Otrząśnięcie się zajęło mu jednak bardzo krótką chwilę. Był on jednym z najlepszych uczniów Hogwartu, a także jednym z Huncwotów, a to miano nie było byle jakim. Natychmiastowo zorientował się w niezbyt charakterystycznym terenie i podobnie jak przyjaciele, nie czekał ani chwili i wybrał kierunek swojej trasy. Tuż za nim podążył Frank Longbottom, a reszta członków Zakonu wybrała odmienne korytarze. Black spojrzał na swojego kompana znacząco, kiedy w oddali usłyszeli szaleńczy śmiech, który mógł należeć tylko do jednej osoby- Bellatrix, kuzynki Syriusza. W jednej chwili mężczyźni wyciągnęli swoje różdżki  rzucili się biegiem w stronę Śmierciożerczyni, która już na nich czekała. Po chwili udało im się dotrzeć na miejsce. Korytarz doprowadził ich do pustej sali, która niewiele różniła się od niego wyglądem, jednakże była okrągła i zdecydowanie lepiej oświetlona. Na środku pomieszczenia na podłodze siedziała Dorcas Meadowes. Dziewczyna była wychudzona, roztrzęsiona, a jej pozycja wskazywała także na to, iż była przerażona. Skulona, patrzyła w dół, lustrując wzrokiem podłogę, jakby była jej jedynym przyjacielem. Z jej prawej strony miejsce zajmował jeden ze Śmierciożerców, wysoki, postawny brunet- Antonin Dołohow. Po lewej zaś, stała śmiejąca się Bella, która gdy tylko zauważyła kuzyna, roześmiała się jeszcze głośniej.
            -No, no, no, kogo my tu mamy.- uśmiechnęła się szeroko- Przyszedłeś uratować ukochaną?- Różdżkę wymierzyła w stronę bezbronnej Meadowes, która na te słowa, podniosła głowę w górę, a w jej oczach pojawiła się nuta nadziei.
            -Zostaw ją!- krzyknął Syriusz, a w jego głosie pojawiła się obawa o dziewczynę.
Tym razem to on wymierzył różdżką w kuzynkę, na co ta znów się zaśmiała. Jej szaleństwo powoli zaczynało brać górę nad jej człowieczeństwem. Black nie należał do ludzi cierpliwych, tym bardziej jeśli chodziło o bezpieczeństwo ludzi, których kocha.
            -Drętwota!- zaklęcie wydobyło się z różdżki Gryfona.
Bellatrix nie spodziewała się tego ruchu i nie zdążyła zrobić uniku. Zaklęcie sprawiło, że z impetem uderzyła w ścianę znajdującą się tuż za nią. Chwilę zajęło jej zorientowanie się, co się właśnie stało, ale gdy już zrozumiała, nienawiść napłynęła do jej ciemnych oczu.
            -Dołohow!- krzyknęła, na co jej towarzysz wymierzył w Dorcas.
            -Crucio!- wypowiedział Śmierciożerca, na co dziewczyna zaczęła przeraźliwie krzyczeć.
W tej samej chwili Bella wycelowała zaklęciem niewerbalnym w stronę Longbottoma, czym zręcznie go powaliła. Syriusz rzucił się w kierunku ukochanej, ale jego kuzynka była szybsza. Zaklęcia latały we wszystkie strony, a cierpienia panny Meadowes stawały się coraz silniejsze. Dorcas złapała się rękoma za głowę.
            -Co się ze mną dzieje?- zapytała głosem pełnym bólu, a chwilę później już leżała na ziemi ledwo łapiąc oddech. 




Nagle, z korytarza wybiegł Remus Lupin, który po szybkiej analizie sytuacji, zręcznie wycelował zaklęciem niewerbalnym w Dołohowa. Śmierciożerca uderzył całym ciałem w ścianę. Cierpienia Gryfonki minęły, ale ta, nie była już w stanie nawet się ruszyć. Black wciąż pojedynkował się z kuzynką, a do Lupina dołączyła Marlena. Wspólnymi siłami powalili Dołohowa raz jeszcze, a kiedy Lestrange zauważyła, że ich szanse spadają, deportowała się. Tuż za nią, w ślad ruszył jej towarzysz. Syriusz niewiele myśląc podbiegł do ukochanej i wziął ją na ręce.
            -Dorcas…- zwrócił się do wyczerpanej dziewczyny błagalnym tonem.
Ta nie była już w stanie mu odpowiedzieć. Uszły z niej wszelkie siły i zapadła w głęboki sen. 
 
***

Bacznie obserwowałam ciemny korytarz, częściowo oświetlając drogę przy użyciu różdżki. Długa cisza powodowała, że adrenalina podskakiwała mi coraz wyżej. Szukałam jakiegoś ruchu, czy zmiany otoczenia, która mogłaby jakkolwiek wskazać mi drogę, jednak nie doczekałam się. Wychyliłam głowę za kolejną ścianę i spotkała nie sytuacja, której kompletnie się nie spodziewałam. Światło błysnęło w moim kierunku, a ja odsunęłam się w ostatniej chwili. Zaraz za nim padła kolejna wiązka światła, tym razem silniejsza, co oznaczało, że mój przeciwnik jest coraz bliżej. Pobiegłam w przeciwnym kierunku, z nadzieją, że zaraz spotkam Remusa i Marlenę. Niestety, tak się jednak  nie stało. Postanowiłam stawić czoła zagrożeniu. Wyciągnęłam różdżkę i skierowałam ją w stronę przeciwnika, który był coraz bliżej, ale chwilowo zaprzestał ataku. Z każdym jego krokiem moje serce biło coraz szybciej. Za chwilę miałam ujrzeć twarz mojego oprawcy. To co zobaczyłam, przeszło całkowicie moje wyobrażenia. Pierwsze co rozpoznałam to znajome orzechowe oczy, tym razem przepełnione gniewem.
-James!
Niestety nie zareagował na moje słowa, a złość widniejąca w jego oczach nie ustąpiła. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Mój James ewidentnie chciał mnie skrzywdzić. Wiedział już doskonale, że to do mnie celuje, a mimo to nie zwolnił kroku. Nie wiedziałam już co robić, musiałam się jakoś bronić, ale nie mogłam skrzywdzić osoby, którą kochałam. Postanowiłam jeszcze raz spróbować na niego wpłynąć.
            -James, to ja. Lily.
Napotkałam podobny rezultat co poprzednio. Nie miałam już czasu na zastanawianie się, ucieczka była jedynym wyjściem, żeby nikt nie ucierpiał. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w nieznanym mi kierunku. Słyszałam jego kroki tuż za mną, jego zaklęcia uderzały jedno po drugim, odbijając się od ścian. Powoli zaczynało mi brakować tchu. Z impetem skręciłam w prawą stronę, co okazało się być moją najgorszą decyzją. Biegłam wprost na ścianę. Poziom stresu wzrósł maksymalnie i nie miałam na tyle odwagi, żeby się odwrócić.
            -Evans.- Usłyszałam ten dobrze znany mi głos, jednakże nie był już ciepły i czarujący, ale wrogi.
Powoli odwróciłam się w stronę Pottera.



Trzymał różdżkę skierowaną wprost na mnie, ale w jego oczach nie dostrzegłam już całkowitej nienawiści. Były pełne walki, jakby bił się sam ze sobą. Po jego policzku płynęła łza, mimo iż się uśmiechał. W tym momencie zrozumiałam o co chodzi. Chłopak był pod wpływem Imperiusa.
            -Jamie, proszę- powiedziałam błagalnym tonem z nadzieją, że cokolwiek jestem w stanie zdziałać.
Nagle, zza Pottera błysnęło światło i w tej samej chwili, upadł na ziemię. Oślepiło mnie na chwilę, ale gdy tylko mój wzrok wrócił do normy zobaczyłam mojego wybawcę.
            -Nic Ci nie jest, Lily?- Powiedział spokojnie Cameron Summers.
Ulga jaką poczułam w tym momencie była ogromna. W kilka sekund znalazłam się obok przyjaciela i przytuliłam go mocno do siebie.
            -Dziękuję- szepnęłam.
Chłopak spojrzał na mnie z radością i wyraźną ulgą. Pogładził mnie ręką po włosach, przez co poczułam się jeszcze bezpieczniej. Po chwili spojrzałam na leżącego obok Jamesa. Podeszłam do niego szybko i kciukiem przejechałam po jego twarzy.
            -Musimy go stąd zabrać- oznajmiłam, patrząc już znów na Camerona.
            -Pomogę ci- powiedział, po czym ukucnął obok, aby zabrać Jamesa daleko stąd. Gdzieś gdzie wszyscy będziemy bezpieczni. 

***

Chciałabym najmocniej na świecie podziękować osobie, która dzięki komentarzowi, zmotywowała mnie do wstawienia tego rozdziału. Dedykuję go Tobie, kimkolwiek jesteś!  <3 

A oto kolejna zapowiedź:



2 komentarze:

  1. Nie wiem od czego zacząć... Tyle emocji w ciągu jednego dnia! Najpierw widzę nowy rozdział ,na jednym z moich najukochańszych blogów , dodany po ponad roku nieobecności, odpowiedź na mój poprzedni komentarz-banan na całą szerokość twarzy! <3 LEPIEJ BYĆ NIE MOŻE ! odświeżam stronę i... prawie oczy wypały mi z orbit - NOWY ROZDZIAŁ! Jednak może być lepiej !Radość wywołana z tego powodu miesza się z podekscytowaniem i niepokojem , które powstawały w miarę dalszego czytania rozdziału z powodu opisanej akcji. TAK! Mój James uratowany! Jily razem! Jednak pojawia się lekki zawód - koniec rozdziału :( czytam notatkę pod nim ... i nie mogłam powstrzymać łez. Ogromnie się wzruszyłam widząc rozdział zadedykowany mojej osobie... byłam w szoku, a uśmiech do tej pory nie schodzi mi z twarzy ! <3 nie jestem w stanie opisać jak bardzo się cieszę z tego powodu , to dla mnie zaszczyt! to pierwszy raz kiedy ktoś zadedykował mi ... właściwie cokolwiek. Moze to co napisałam nie jest do końca spójne i na pewno chciałabym napisać dużo więcej, ale TE EMOCJE <3 sama gubię się w swoich myślach! Tradycyjnie na koniec - śle buziaki i uściski , życzę mnóstwa weny, wiary w siebie, radości i powodów do dumy, które wywołują prowadzenie tego cudownego bloga i trzymam kciuki za jak najszybsze pojawienie się kolejnego rozdziału. <3 - Natalia(już nie anonim :D )

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem tylko jedno: wow. Naprawdę super. Czekam na kolejną notkę z niecierpliwością!
    Jeżeli będziesz mieć czas - zapraszam do siebie na http://sens-d-etre.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Selly